Cześć!
No i udało się! Nasz wspólny, oczekiwany od dawna, wyjazd do Rybna w końcu doszedł do skutku. Bogactwo tego, cośmy przeżyli i usłyszeli w ubiegłym tygodniu wciąż jeszcze do mnie dociera. Nie wiem, jakie są Twoje wrażenia, ale mnie przede wszystkim zachwyca prostota, w jakiej objawia się ogrom Bożego miłosierdzia. Patrzę na małą chatkę, ciaśniutką kaplicę, żyjące ubogo siostry i przypomina mi się stwierdzenie „potrzeba mało, albo tylko jednego”. Znaczy: im mniej człowieka, tym więcej Boga…
W tym wszystkim odnajduję cenną życiową wskazówkę: nie stanę się świętym sam z siebie, ale to Bóg może mnie uświęcić. Wystarczy, że pozwolę Mu działać, że stanę się w jego ręku narzędziem (jak „rękawiczka” ojca Pio czy „ołówek” matki Teresy). Paradoksalnie świętość to nie bezgrzeszność, ile raczej bezsilność. Rybno uczy mnie tej prostej zasady: daj z siebie ile potrafisz i zdaj się całkowicie na Boga. On sam dokona cudów, a ty tylko zrób, co możesz. I potem cicho zamknij za sobą drzwi.

